Przejdź do głównej zawartości

Ona i ja - nerwicJA. Moja historia.

Cześć. Witam Was w moich skromnych blogowych progach. Na początek napiszę kilka słów o sobie, byście mogli lepiej mnie poznać.

Mam na imię Danuta i przyszłam na świat w jedną z majowych, ciepłych nocy 25 lat temu. Mama upierała się, żebym została Jagodą albo Polą, ale ojciec podstępem zarejestrował mnie w urzędzie jako jego wielką platoniczną miłość - Danusię, w tym przypadku tą ''krzyżacką''. :)
Moje dzieciństwo nigdy nie było piękne, ciepłe i kolorowe, jak to pokazywane w amerykańskich filmach. Po wypadku w pracy, ojciec zaczął nadużywać alkoholu i pod jego działaniem wszczynać ogromne, karczemne awantury w domu. Z tego okresu pamiętam jedynie skrawki poszczególnych wspomnień. Jednym z nich jest to, kiedy mając może 4 lub 5 lat, siedzę w piżamie, w łóżku, a obok mnie moja mama i babcia. Jest też miska - zwykła, plastikowa, całkiem spora miska, która musiała przy mnie stać, gdybym zaczęła wymiotować. Tak teraz nad tym myśląc, dochodzę do wniosku, że może już w tym okresie miałam jakiś nerwicowy epizod. Bałam się, że zwymiotuję, trzęsłam się cała i nie potrafiłam sama zasnąć. Stąd mama i babcia, która zawsze działała uspokajająco, przy mnie.
Moja mama rozstała się z ojcem, kiedy miałam 6 lat, właśnie wtedy spakowała nasze rzeczy do malucha w kolorze groszku i zabrała mnie do innego mieszkania. Zamieszkałyśmy z pewnym panem - ojczymem i jego synem, rok starszym ode mnie. Byłam raczej skrytym dzieckiem, które nie stwarzało problemów wychowawczych, więc przyjęłam to bez żadnych emocji czy dziwnych zachowań. Potrafiłam się świetnie zająć sama sobą, a wtedy nowy brat dodatkowo stwarzał towarzystwo do codziennych zabaw. Po kilku miesiącach spędzonych w nowym mieszkaniu, okazało się, że będę miała małą siostrzyczkę. Mój ojciec często próbował nas nachodzić, mieszkaliśmy w tym samym miejscu, więc bardzo łatwo mu to przychodziło. Pamiętam, że przez pewien czas bardzo się go bałam. Na samą myśl, że może zrobić coś mojej mamie, ogarniał mnie strach i ogromny stres. Nigdy bowiem nie próbował kontaktować się ze mną, nie było go podczas mojego pierwszego dnia w szkole, na komunii, urodzinach. W późniejszych latach to się nie zmieniło: nie złożył mi życzeń na 18. urodziny, nie pogratulował ukończenia szkoły i dostania się na studia. Choć często widywałam go na ulicy, nigdy nie próbował ze mną rozmawiać. No dobrze, może kilka razy, ale zawsze był wtedy pijany w sztok, a moim jedynym warunkiem jakiejkolwiek rozmowy i pojednania z nim było to, że ma być wtedy trzeźwy. Szczerze mówiąc, nigdy nie cierpiałam z powodu rozwodu rodziców. Nie płakałam, nie załamałam się, nigdy nie miałam pretensji do mojej mamy o to, że nie mam taty. Zawsze byłam bardzo rozsądna i czasem myślę sobie, że już za dzieciaka miałam więcej rozumu niż niektóry dorosły.

W szkole zawsze byłam lubiana i akceptowana w pełni. Miałam przyjaciółki, z którymi uwielbiałam rozmawiać i spędzać czas. Chodziłyśmy na spacery, rozmawiałyśmy o chłopakach i prowadziłyśmy sekretne pamiętniki, w których notowałyśmy wspomnienia z danego dnia i swoje przemyślenia. Jeździłam na wycieczki, kolonie. Nigdy niczego mi nie brakowało, nie byłam głodna, nikt mnie nie bił. W domu jednak zaczęło dziać się nieciekawie. Mama i ojczym coraz częściej sięgali po alkohol, a to przynosiło niepotrzebne kłótnie i przepychanki. Szybko musiałam obrać rolę najrozsądniejszego dziecka, które wszystko i wszystkich ogarnia. Dbałam o to, żeby kłótnia nie przerodziła się w bijatykę. Rozdzielałam, kiedy już dochodziło do rękoczynów. Rozmawiałam i prosiłam, nadzorowałam. Zajmowałam się moją małą wtedy siostrą, usypiałam ją, karmiłam, zabawiałam ją, czytając książki i opowiadając wymyślone przez siebie bajki. Zawsze czułam niepewność, wracając ze szkoły do domu, bo nie wiedziałam, co tam na mnie czeka. Czy znowu będą pijani, czy jeszcze nie? Czy znowu skończy się kłótnią, czy zasną spokojnie? Nigdy nie traktowałam ojczyma jak członka rodziny, a moja mama też nigdy nie mówiła mi, żeby było inaczej. Zawsze mówiłam do niego po imieniu i nigdy, naprawdę nigdy, z nim nie rozmawiałam jeśli nie było to konieczne. Chyba wyczułam intuicyjnie, że nie jest to dobry człowiek i teraz, z perspektywy czasu, uważam tak samo.
Byłam silnym psychicznie dzieckiem, nastolatką. Nie przechodziłam buntu młodzieńczego. Zawsze uwielbiałam rozmawiać z moją mamą. Kiedy nie piła, była normalną mamą. Urządzała nocowania dla mnie i moich przyjaciółek, oglądała ze mną telewizję do późna w nocy, rozmawiała, polecała książki, które mogłabym przeczytać. W książkach odnalazłam świat dla siebie, w który uwielbiałam uciekać. Przed snem często wyobrażałam sobie, że jestem jedną z bohaterek, z czytanych przeze mnie lektur. Kiedy w domu robiło się źle, zawsze myślałam sobie, że to przejściowe i pewnego dnia się skończy, bo nie może przecież trwać wiecznie... Nie płakałam, byłam bardzo świadoma i zawsze starałam się myśleć pozytywnie, wierzyć w lepsze jutro.

W gimnazjum zaczęłam dużo pisać. Prowadziłam pamiętnik, który trzymam głęboko w szafce do dziś. Pamiętam, jeszcze w szkole podstawowej, panie nauczycielki zadawały mnóstwo zadań domowych. W tym pisemne prace z języka polskiego. Moja mama zawsze mówiła mi: zrób to inaczej. To pozwoliło mi pisać w sposób indywidualny i niepowtarzalny. Dzieci pisały wypracowanie według określonego schematu, szablonu, a ja poza ten szablon wychodziłam. Byłam inna, wyjątkowa, bardzo mi to schlebiało. W zasadzie do dziś jest mi przyjemnie, kiedy ktoś chwali to, co akurat napiszę. :)
Gimnazjum to był mój najszczęśliwszy czas, jeśli chodzi o edukację. Byłam przewodniczącą klasy, prowadziłam wszystkie szkolne akademie, chodziłam na konkursy, mnóstwo pisałam, czytałam i sporo czasu poświęcałam koleżankom, wyjściom na spacery, rozmowom. Z wielkim sentymentem wracam do tych wspomnień. Wtedy wierzyłam, że świat leży u moich stóp, a ja właśnie zaraz go zdobędę. Wierzyłam, że kiedy tylko skończę 18 lat, wyprowadzę się i zabiorę moją siostrę ze sobą. W domu bywało różnie, ale ja byłam wtedy ponad to. Skupiona na nauce, na dobrych stopniach, na szkolnej drużynie koszykówki, w której (mimo 160cm wzrostu) grałam. Na przyszłości, która miała być moją ucieczką i szansą, żeby wszystko zostawić za sobą i rozpocząć od nowa. Zagryzałam wargi i walczyłam, naprawdę - nigdy się nie poddawałam. Potrafiłam znaleźć promyk szczęścia w każdym, nawet najczarniejszym dniu. Myśląc o sobie z tego okresu, czuję ból w sercu... Jakim wrakiem tamtego człowieka teraz jestem.

W technikum zaczynałam wątpić i szukać sensu tego, co mi się przytrafia. Dlaczego cierpię ja, choć świadomie robi to ktoś inny i to on powinien ponieść konsekwencje? Zawsze to, co działo się w domu, miało na mnie ogromny wpływ. Byłam i nadal jestem bardzo związana z moją mamą, nawet mimo tego, że nieraz w ogromnej irytacji mówiłam, że to ja jestem jej mamą, nie odwrotnie. Przecież opiekowałam się nią, dbałam o nią, naprawiałam jej błędy, chroniłam ją, martwiłam się o nią. Już w wieku kilku lat byłam bardzo dojrzała emocjonalnie, musiałam taka być. W sumie nie żałuję, bo dzięki temu świetnie radzę sobie w życiu, jestem samodzielna, samowystarczalna i wiem, że w gorszych momentach - dam sobie radę. Nawet wtedy, kiedy jest naprawdę ciężko, płaczę, ale potem ocieram łzy z policzków i walczę dalej.

W końcu zdałam maturę i wyprowadziłam się na studia do innego miasta. Piękny czas! Od tamtej pory całym sercem kocham Opole. Jest magiczne i urocze, piękne i naprawdę można się w nim zakochać. Pierwsze dni były okropne. Ciągły niepokój, niewyjaśniony lęk, sprawdzanie telefonu, czy aby nie dzwoni mama, czy wszystko jest w porządku, pisanie do siostry z prośbą o informację na temat stanu sytuacyjnego. Dopiero z upływem kolejnych tygodni uświadamiałam sobie, że jestem dorosła i moja mama również jest dorosła. Że każda z nas dokonuje świadomych wyborów w życiu i każda z nas potem musi się z nich rozliczyć sama przed sobą. Zajmowałam myśli czym tylko się dało. Czytałam, spacerowałam po mieście, pisałam, uczyłam się... Jednak po pierwszym semestrze zrezygnowałam i wróciłam do domu. Podjęłam studia znowu w moim mieście. W domu nadal powtarzały się epizody picia i bicia siebie wzajemnie. Trochę zderzyłam się wtedy z rzeczywistością i zauważyłam, że nie zawsze potrafimy wpłynąć na bieg swojego życia, nawet mimo szczerych chęci. Wszystko powoli zazębiało się ze sobą i wytrącało grunt spod moich stóp. Stres na uczelni, stres w domu, stres w relacji, w której tkwiłam wtedy od 2 lat - była to relacja na odległość, bo po roku związku, mój ówczesny partner wyjechał do kraju, z którego pochodzi. Frustracja, niemoc, bezsilność. Chciałam uciekać, ale nie miałam gdzie. Do tego doszła pewna sytuacja, która miała miejsce w lutym 2016 roku. Miała ona związek z moim ojczymem. Fizycznie nie zrobił mi żadnej krzywdy, ale psychicznie wtedy mnie zniszczył. Nie potrafię jeszcze otwarcie opowiedzieć o tym, co musicie mi wybaczyć... Wiem jednak, że to właśnie to popołudnie zamieniło moje życie w koszmar i utorowało świetny grunt nerwicy, która niebawem została moją jedyną przyjaciółką, moim cieniem, którego nie potrafię się pozbyć nawet po zachodzie słońca...

Od tego dnia nieopisany lęk stał się codzienną częścią mojego życia. Na początku pojawiał się zawsze w pewnych sytuacjach. Bardzo określonych i bardzo klarownych. Kiedy miałam zostać w domu sama z ojczymem. Starałam się wtedy robić wszystko, byle tylko tego uniknąć. Lęk przeobrażał się w strach, kołatania serca, ogromny stres. Nie potrafiłam sobie z tym radzić, choć jeszcze wtedy wydawało mi się, że jest inaczej i wszystko jest w porządku. Po kilku miesiącach rozstałam się także z partnerem. Uznaliśmy, że to najlepsze wyjście, mimo, iż bardzo tego nie chciałam i potwornie mnie to bolało. To był pierwszy facet, którego naprawdę kochałam. Czasem jednak sama miłość nie wystarcza i dwoje ludzi postanawia w dalszą drogę swojego życia wyruszyć samemu, lub z kimś innym u boku. Długie miesiące związku na odległość odcisnęły dodatkowe piętno na mojej psychice. Nie radziłam sobie z płaczem, z ogromnym smutkiem, bezsensem i bezsilnością. Do tego dochodził gniew, złość, czasem niemal fizyczny ból. Dziesiątki niewypowiedzianych emocji, które gromadziłam skrycie w sobie, uśmiechając się do ludzi wokół i mówiąc, że wszystko jest ok.

Listopad 2016 roku, środa, 7 rano. Jadę autobusem na uczelnię, na wykład z Filozofii. Od początku podróży jakoś dziwnie się czuję. Jest mi niedobrze, jakby duszno, trochę kręci mi się w głowie. Z każdą kolejną minutą, spędzoną w autobusie, czuję się coraz gorzej. Serce zaczyna pobolewać, niespokojnie kołatać, brak tchu, zimne poty. Myśli wirują w głowie i osaczają, jak natrętne komary w lipcową noc. Zaraz zemdleję, chyba umieram, zawał? Na uczelni wcale nie jest lepiej. Próbuję się uspokoić, ale nic nie pomaga. W końcu po 5 minutach wykładu wychodzę. Dzwonię do mamy, ta przyjeżdża po mnie samochodem i prosto spod gmachu Politechniki Śląskiej jedziemy do przychodzi lekarskiej w mojej dzielnicy miasta. W poczekalni wszystko puszcza. Oddycham swobodnie, jest mi tylko troszkę słabo, ale poza tym - jak ręką odjął. W gabinecie bada mnie młoda lekarka. Opisuję wszystko po kolei, co i jak się działo. W odpowiedzi słyszę, żebym zawsze zjadła śniadanie przed wyjściem z domu. Tyle... Sytuacja zaczyna się powtarzać. Jednak z czasem odpuszcza i wszystko wraca do normy. Mam spokój. Mijają święta, witamy nowy rok, marzniemy zimowymi popołudniami, w końcu powoli budzi się wiosna, w kalendarzu maj. Świat pięknieje i wprowadza ludzi w stan ogólnego optymizmu i nadziei. Postanawiamy wybrać się na rodzinną wycieczkę do Krakowa. W podróży robię zdjęcia, wygłupiam się z moim partnerem na tylnych siedzeniach samochodu, śmiejemy się wszyscy, żartujemy. W Krakowie zwiedzamy stare miasto, jemy lody nad Wisłą, ja kupuję 50 pocztówek. Na koniec spacer Plantami do samochodu i powrót do domu. W drodze znikąd - atak paniki. Książkowy. Brak tchu, kołatanie serca, ogólna panika, strach. Mama dała mi Afobam, bo sama czasem go bierze. Minęło. W nocy budzę się, nie mogąc złapać tchu. Czuję się tak, jakbym przestała oddychać na kilka chwil i ten moment wybudzenia był jak zachłyśnięcie się powietrzem zaraz po urodzeniu. Nie mogę spać, boję się zasnąć, boję się, że to się powtórzy. Od tego dnia jest coraz gorzej. Kołatanie serca, duszności, lęk. Nudności, zawroty głowy, panika. Przestałam wychodzić, jeśli tylko mogłam zawsze zostawałam w domu. A kiedy już koniecznie musiałam z niego wyjść, zawsze z kimś, nigdy sama. Doszło do tego, że bałam się siebie. Wydawało mi się, że mogę sobie coś zrobić, bez własnej zgody, nie mając na to wpływu. Że zaraz otworzę okno i przez nie skoczę, że zwariuję. Trudności z koncentracją, pamięcią. W efekcie siedziałam w domu i płakałam, nie potrafiąc sobie poradzić sama ze sobą.
Lekarka w przychodni kierowała mnie milion razy na morfologię i EKG. Wychodziły dobrze. Potem robione miałam badanie moczu, cholesterolu i tarczycy. Też w porządku. W końcu dostałam skierowanie na SOR. Tam również trafiłam i po wstępnych badaniach - okaz zdrowia. Został tylko ogromny siniak na przedramieniu od kłucia igłą. Pani doktor, nie wiedząc już, co dalej ze mną zrobić, wysłała mnie do kardiologa. Poszłam prywatnie, bo na NFZ czekałabym kolejny rok. UKG i EKG serca wyszły dobrze. Jestem zdrowa, fizycznie wszystko jest w porządku. Ale te dziwne ataki wracały. Coraz częściej i drastyczniej. Byłam bezsilna i załamana. Chciałam żyć tak, jak kiedyś. Bez strachu, lęku, niepokoju. Nie potrafiłam sama wyjść do sklepu, a kiedyś dwoma samolotami sama poleciałam do całkowicie odległego kraju. Nie potrafiłam zaakceptować tego, co się ze mną dzieje, tego, kim się stałam. Dusza towarzystwa, zawsze chętna do pomocy, do wysłuchania kogoś, otoczona grupką przyjaciółek, podróżująca.... Teraz zupełnie sama, wystraszona, zmęczona...

Zmieniłam przychodnię. Był to strzał w dziesiątkę. Nowy lekarz wysłuchał mnie uważnie i na początek zapisał pewien lek. Nie brałam go, do czego otwarcie się później przyznałam. Wyprowadziłam się z domu i zamieszkałam z moim partnerem. Niestety, nie pomogło to wyrzucić nerwicy. Wciąż jednak nie wiedziałam, co mi dolega. Zaczęłam googlować objawy. Nigdy nie szukam chorób w Googlach, bo wyczytać można absurdalne rzeczy. Polegam na wiedzy lekarzy. Jednak tym razem zrobiłam wyjątek. Wpisałam kilka z najczęstszych dolegliwości somatycznych i zaczęłam przeglądać wyszukane strony. W końcu odkryłam, z czym się zmagam. W 100% byłam pewna, że to właśnie nerwica lękowa. Zapisałam się od razu na wizytę do rodzinnego lekarza. Podjęłam rozmowę i zapytałam, czy te dolegliwości mogą mieć podłoże nerwicowe. Pan doktor zamyślił się i po chwili oznajmił, że on właśnie o tym myślał, ale dla pewności chciał, bym zażyła lek, który kilka tygodni wcześniej mi zapisał, a którego ja nie przyjmowałam. Wtedy też dostałam skierowanie bezpośrednio do poradni specjalistycznej. Na początku bardzo się obawiałam. Jak to tak. Ja do psychiatry? Przemogłam się jednak i poszłam. Pierwsza wizyta, potem dwie u psychologa i zostałam zapisana na terapię dzienną, grupową. Uznałam jednak, że to nie to. I nie odnajduję się tam, zrezygnowałam.
W maju 2018 nerwica odpuściła zupełnie na dwa tygodnie. Czułam się jak nowy człowiek. Wolny, szczęśliwy. Nagle wróciła, z podwójną siłą. Nie brałam leków, więc świetnie odczuwam różnicę w jej nasileniu kiedy i teraz. Podjęłam pracę, pracuję. Ale dojazdy są moją mordęgą. Niby tylko 15 minut autobusem albo 5 pociągiem, ale w środkach komunikacji zawsze, z a w s z e, mam ataki paniki. Staram się, jak mogę, ale to jest silniejsze niż ja. Momentami mam dość i po prostu się poddaję. W maju byłam u psychologa, który zapisał mnie na listę chętnych osób na grupę do pracy z lękiem. Idealne miejsce dla mnie. Oczywiście, zgodziłam się chętnie. Byłam jednak dopiero 27 na liście, miejsc jest jedynie dla 15 osób. Mieli zadzwonić, może ktoś zrezygnuje. Czekałam. Na początku sierpnia grupa miała ruszyć. W okolicach 5-6 sierpnia straciłam nadzieję. Nikt nie zadzwonił. Załamałam się kompletnie i postanowiłam szukać indywidualnej terapii nawet prywatnie. Znalazłam, termin na wrzesień... Wtem nagle 16 czy 17 sierpnia zadzwonił telefon, pani z Dąbrówki (ośrodek, do którego chodzę do psychologa, psychiatry), jest dla mnie miejsce, czy się zgadzam. Oczywiście! Ucieszyłam się strasznie, z nadzieją wyczekiwałam początku. Byłam na pierwszym spotkaniu grupy. To miejsce jest dla mnie. Poczułam to od początku. Chwyciłam właśnie dłoń, która chce mi pomóc. A ja tej pomocy potrzebuję. I przyjmuję ją z radością.

Jak było to u Was? Jak się zaczęło, ile trwa? Jak sobie radzicie? Jak dziś się czujecie?
Ten blog to miejsce dla mnie i dla Was. Założyłam go, by móc pomóc sobie i Wam. Chętnie podzielę się z Wami tym, czego się dowiem i nauczę, tym, co pozwoli pogonić nerwicę, podjąć z nią walkę.

Ściskam Was mocno. Pamiętajcie - siła jest w NAS!

D.

Komentarze

Prześlij komentarz